Sunday, March 27, 2011

Incurable disease/Nieuleczalna choroba

 Every single night before going for a trip, I wish I were a guy. Or reasonable, unemotional and not panicking without a reason kind of girl - which,by the description, seems to be a very rare species. I wish I could be calm and relaxed instead of being worry all the time and wondering if everything is well prepared or if I didn't forget to pack something extremely important. The other sex tends to be so practical!!! 'Do you have passport with visa and money?' they would usually ask. 'Yes? So you have everything you need!'. And it's so true... On the contrary, the last night before leaving I am wondering about packing another set of underwear, I'm making people around me desperate because of my own desperation, and what's maybe the most important - I have at lest 12 hours less of the enjoyment, which should be a crucial part of holidays or travelling, shouldn't it?
 I really wish I could change that. Before going to Korea (which, by the way, will be a main topic of next posts) I've even started to practise yoga to let myself unstressed a little bit. I triple checked if I've packed all of the important stuff. I kept telling myself over and over again that everything's ready and perfectly organized. Result? Another sleepless night. 
 I thought that I was a n extreme, lost case. It last until 9 o'clock in the morning, when I met my travelling female companion. She was also all tense she couldn't sleep until 5am. 
 That situation reminded me about one word in Silesian, a language from a part of Poland I come from. That world is 'reisefieber' and by the definition it means an intensified stress and excitement before going for a journey. 
 That day I advanced a theory - almost all girls suffer from congenital reisefieber. At the very same time there was a voice in my head saying: 'Gosh, I hope that everything's gonna be fine with my plane ticket and that Koreans haven't change their visas policy in last 12 hours...'.  Seems like reisefieber is incurable. :)

***

 Każdej nocy przed wyruszeniem w podróż marzę aby być chłopakiem. Albo przynajmniej rozsądną, nie dającą się ponieść emocjom i nie panikującą bez przyczyny dziewczyną – co z opisu wydaje się być bardzo rzadkim gatunkiem spotykanym w przyrodzie. Chciałabym być spokojną i zrelaksowaną zamiast zamartwiać się przez cały czas i zastanawiać, czy wszystko jest dobrze przygotowane i czy nie zapomniałam przez przypadek spakować czegoś absolutnie niezbędnego. Płeć przeciwna ma tendencję to bycia bardzo praktycznym!!! „Masz paszport z wizą i pieniądze?” zapyta chłopak. „Tak? W takim razie masz wszystko co potrzeba!”. I to jest tak prawdziwe... Natomiast ja, ostatniej nocy przed wyjazdem, rozważam dopakowanie dodatkowej zmiany bielizny i doprowadzam ludzi wokół mnie do desperackiego stanu moją własną niekontrolowaną desperacją i, co być może jest najbardziej istotne, mam przynajmniej 0 12 godzin mniej radości i przyjemności, które to są nieodzownym składnikiem każdych wakacji i podróży, czyż nie?
 Naprawdę chciałabym to w sobie zmienić. Przed wyjazdem do Korei (która to wyprawa będzie tematem kilku następnych postów), w celu odstresowania samej siebie, zaczęłam ćwiczyć jogę. Trzy razy sprawdziłam czy zapakowałam wszystko co niezbędne i istotne. Powtarzałam sobie w kółko, że wszystko jest gotowe i perfekcyjnie zorganizowane. Rezultat? Kolejna bezsenna noc. 
 Myślałam, że jestem ekstremalnym przypadkiem, przegraną sprawą. Zmieniło się to o 9 rano, kiedy spotkałam się z moją towarzyszką podróży, która także była cała spięta i nie spała do 5 nad ranem.
Ta sytuacja przypomniała mi o śląskim słowie „reisefieber, które oznacza wzmożony stres, napięcie i podekscytowanie przed podróżą. Tego dnia wysunęłam teorię, że większość dziewczyn cierpi na wrodzony reisefieber. W tym samym czasie mój własny głos w mojej własnej głowie zastanawiał się, czy wszystko jest w porządku z moimi biletami i czy Koreańczycy nie zmienili w przeciągu ostatnich 12 godzin regulacji wizowych dla Polaków. Reisefieber wydaje się być absolutnie nieuleczalny. :)

No comments:

Post a Comment